1 stycznia, 2007 Komentuj {3}

Cóż za niesamowita ulga. Pierwszy dzień 2007, pierwszy tak fajny i beztroski poranek w UK i pierwsze noworoczne postanowienia, których mimo wszystko postaram się dotrzymać. I to chyba pierwszy taki Sylwester pełen refleksji i zastanowienia. Myślę, że pozytywnie. I jakieś takie przedziwne uczucie, które wierci mi dziurę w brzuchu, delikatnie łaskocze. MMM. Dziewczyno! Serio totalnie mega zajebiście myślę, że coś się ruszy. Męska intuicja, taki gaydar. Hola hola, żebym się przypadkiem za bardzo nie rozpędził i nie doznał kompletnego rozczarowania. Taki fioł. W zasadzie to przecież tylko moja wyobraźnia. Nic się nie stało, a tutaj kurwa wszystko wewnątrz chodzi. Prawdopodobnie już powoli człowiek się starzeje, przeżywa wszystko za bardzo. Wszystko albo nic. Taka magia gry. Karma taka.
Później relacja na żywo z samego serca Londynu, awesome fajerwerki i koncert Dżamelii. Same celebrity i gwiazdy. Nie zabrakło też tej, właśnie tej pijaczki Lohan, którą skamerowano z lampką szampana w dłoni. Boże, jak ona musiała się wtedy czuć. OGASZ.

Postanowienie pierwsze: Nie będę miał Bogów cudzych przed Tobą.
drugie: nie będę mówił fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu
i trzecie: ani żadnej rzeczy, która jego jest.

Coż za sens. ukryte dno. Takie morskie.

Polsko bój się. 15 styczeń i jesteś moja. Własna. Own. Tak, teraz nie mogę być bardziej pewien niczego więcej niż tego, że lecę. Bilet w ręku i bajbaj Afryka. No dobra. UK. Fakt, że to tylko te 7 dni, ale z pewnością wystarczy, żeby wyruchać jakiegoś polaka, który chodzi do europaschule. żart.

Dziś nie śniło mi się nic.

PS: i tak w ogóle to on jest Bi. I wcale nie jest ładny.

3 stycznia, 2007 Komentuj {8}

Hej, ty. Muzyka czasami przeszkadza, zawadza mi przy skupieniu się na czymś konkretnym. Dziwne, bo takie nierealne i surrealistyczne, nie? Nadchodzi godzina, która zmusza mnie do obejrzenia jednego z filmów, które oglądałem setki tysięcy razy i każde zdanie zakodowane mam w pamięci. Ale co mi tam. Oglądam, osłuchuję się, powtarzam, przemyślam. I znów. I znów. Momentami zakręci mi się w głowie, ale po chwili wszystko wraca do wcześniej ustalonego porządku i spokojnie mogę wstać i udać się w kierunku mej drewnianej kuchni, gdzie mogę zaparzyć sobie herbaty wrzątkiem prosto z czajnika elektycznego. Grzałka rdzewieje. Trzeba wymienic.
Ręce na kolanach, siedzę nieruchomo i słucham. Słucham co mówi mi ten głos w środku. Nie mogę go zrozumiec. Bełkocze coś pod nosem, zupełnie niezrozumiałym dla mnie językiem.

A jutro nie idę do szkoły, bo tata idzie, więc ja nie idą, bo on idzie. A, że on idzie to ja nie mogę iść, a skoro ja nie idę to on pójdzie. A tak na poważnie to boli mnie gardło. I dobrze. Bo niby po co mam tam iść, hę? "Zadanie" z matmy nietknięte, bo niby skąd mam wiedzieć "What is the ratio of Jim's distance to Sue's? Żart, tak naprawdę to nie miałem czasu by się za to zabrać. A może uważam, że to jest zbyt proste by w ogóle to ruszyć, hę? Tak, chyba tak właśnie jest. Odpowiedź do zadania podam jutro. Muszę przemyśleć przez noc. Przeleży to w mojej głowie. Zgadzasz się? A tymczasem szesnastolatka skacze z siódmego piętra. Na szczęście i nieszczęście dziewczyna w bardzo poważnym stanie zostaje przetransportowana helikopterem do centrum zdrowia dziecka. Obym ja nigdy nie dożył takiego momentu, w którym tak na poważnie pomyślę o samobójstwie. Przecież to bajki. Głupota i tak naprawdę to boję się śmierci i na pewno sam po nią nie pójdę. Wolę, żeby przyszła sama, niespodziewanie. Zapuka do mych drzwi i zabierze mnie stąd. Pójdziemy spacerkiem, albo skoczymy razem w ciemną otchłań, gdzie nie znajdzie nas nikt. A najlepiej to byłoby gdyby o mnie zapomniała. Bo zapomnieć to ludzka rzecz.

Bywają momenty, że chciałbym być hamburgerem zjedzonym przez przystojnego współczesnego europejczyka.


*a teraz mogę odliczać. 12 dni.




10 stycznia, 2007 Komentuj {3}

'n fuckin' love. Dziś mamy jeszcze wtorek, więc wnioskuję, że pozostało zaledwie 6 dni do mego wylotu do Polski. Ludzie kochani, co za czasy, nie? Zleci szast prast. Tak "ziuu!" i Masz. O taki holiday. Czasami dorośli ludzie zachowują się jak przedszkolaki nie zdając sobie z tego sprawy. Kompletnie. A my "dzieci" musimy na tym cierpieć i wybierać "z kim wolisz zostać?". Dobrze, że to tylko takie przejściowe. Teraz jest wszystko tak, jak powinno. Ale nie zapominajmy, że przez te ich "zabawy" mój wyjazd był pod wielkim znakiem zapytania. Dobra, don't talk about it.

Jutro mój pierwszy test w szkole w tym roku. I dziwnie się z tym fantem czuję. Nawet uczyć mi się nie chciało. Bo to niby takie banalne i łatwe, ale jak do tego przysiądziesz wychodzi na to, że nie umiesz tego zrobić, zrozumieć. Dlaczego? Bo jest zbyt łatwe i człowiek głowi się tysiące razy jak to rozwiązać, a tymczasem okazuje się, że prawidłowego rozwiązania nawet nie brałeś pod uwagę. Rozumiesz? I już teraz wiem jaki będzie current through lamp 2 if cell current to 0,6 A, a current through lamp 1 = 0,4 A. ODP: 0,1 A.
No i jutro test. Kompletnie nie wiem czego się spodziewać. Opowiem później.




11 stycznia, 2007 Komentuj {5}

wyrwane z lekcji informatyki:

-ej, nie wiesz po ile teraz będzie bilet powrotny?
-ej, to Ty jeszcze nie kupiłeś? Boże, to drogo teraz, a poza tym to wiesz, że może już nie być miejsc?
-ale mi chodzi o autobusowy

*patrząc na tą wczorajszą fotkę w notce stwierdzam, że to bardzo ciekawy pomysł i od teraz swe wywody będę urozmaicał takimi właśnie dodatkami, żeby było kolorowo i wesoło. To takie połączenie bloga i fotobloga. Bardzo nowocześnie i oszczędnie.

Dziś znów zaspałem na autobus.
U know we missed her. We missed her picture.

15 stycznia, 2007 Komentuj {5}

Dobrze, to idę. Wrócę prawdopodobnie za tydzień, więc czekaj.



Przedwyjazdowe drgawki towarzyszą od killku godzin, więc idę. sio.

25 stycznia, 2007 Komentuj {6}

Cóż można rzec po tygodniu spędzonym w Polsce. Tam, gdzie człowiek wychowywał się od urodzenia, przez całe 16 lat. Ej, nie. To brzmi jak jakieś wojenne opowiadania dziadka. Tak krótko: było zajebiście, ale tak ogólnie to nie wiedziałem jak to traktować. Bo to nie było jak jakaś wycieczka, takie odwiedziny u rodziny. Nie. A z drugiej strony nie można tego traktować jak takie normalne życie, taka kontynuacja, bo przecież to trwało zaledwie 7 dni. To było takie pomiędzy. A rano obudziłem się z przerażeniem w oczach "kurwa! nie mam biletu powrotnego!" Później już sam nie wiedziałem skąd dokąd leciałem. Czy z Berlina do Londynu, czy z Londynu do Berlina.

I pamiętam tę noc u Z. Spuchnięte oczy, ciężki oddech i katar. Umierałem. A rano deszcz. I wizyta w kancelarii parafialnej i siedziałem z Z. jak taka para, która przyszła do księdza "na zapowiedzi". A poczekalnia przypominała mi jakiś górski domek.

I poranna kawa w makdonaldzie. kocham.

...i wsłuchuję się w KDZKPW.


...
Prawa zastrzeżone, nie ruszać!